Reklama
Najnowsze
Grosze dane z kanadyjskiego rynku pracy
Dzisiaj dane z rynku pracy w USA
Poranny raport walutowy
Waluty: Rynki w równowadze
GPW: Brakuje jednakowych interpretacji zdarzeń
Forex-Desk: Niepewność przed danymi z USA
Waluty: Funt nie reaguje na dane
Waluty: Dzisiaj oficjalne dane z amerykańskiego rynku pracy
Najpopularniejsze
Poranny raport walutowy
Dzisiaj dane z rynku pracy w USA
Komentarz walutowy
Waluty: Pozorny spokój podczas piątkowej sesji
Waluty: Dzisiaj oficjalne dane z amerykańskiego rynku pracy
Waluty: Dolar traci przed danymi z USA
Waluty: Sygnały Forex daytrading
Waluty: Rynki w równowadze
Szukaj
Artykuł
Euro to dla Polski również koszty
11.11.2008 18:18 wtorekObecna mapa drogowa do euro to jakby zapowiedz kolejnego cudu gospodarczego. Wspólna waluta nie jest magicznym środkiem zapewniającym automatycznie wzrost gospodarczy i dobrobyt. Oby zatem ta mapa dochodzenia do euro nie okazała się podobna do mapy budowanych w Polsce autostrad.
Początek kryzysu, którego najpoważniejsze uderzenie jeszcze przed nami, to z pewnością nie najlepszy moment na wchodzenie do systemu ERM II i przyjęcia euro. Mądrzy Czesi słusznie chcą zaczekać aż kryzys się skończy, wtedy będą mieli znacznie klarowniejszą sytuację. Zapowiedź potencjalnego, bo wcale nie gwarantowanego wejścia do eurolandu dziś tak naprawdę nie gwarantuje jeszcze absolutnie nic. Wchodzenie do sektora ERM II bez gruntownej reformy sektora finansów publicznych może okazać się pyrrusowym zwycięstwem. Pamiętajmy, że reformy kosztują. Kosztują głownie przeciętnego obywatela i są w dużej mierze znienawidzone przez polskie społeczeństwo albo kojarzą się głównie z wyrzeczeniami.
Skuteczny PR
Opowieści, że euro jest lekiem na wszystko, a ci którzy je wprowadzili są wręcz impregnowani na kryzys są chwytem PR-owym. Przypomnijmy, że Kosowo i Czarnogóra już mają praktycznie euro, choć Kosowo nie jest nawet powszechnie uznawane na świecie. Wystarczy popatrzeć i porównać – Belgię i jej banki z Fortisem i KBC na czele i Norwegię czy Szwecję z ich systemami bankowymi. Samo wejście do euro nie gwarantuje ani wysokiego wzrostu PKB, wystarczy porównać PKB Rumunii, Bułgarii, Polski czy Niemiec, Włoch czy Francji, ani gwałtownego wzrostu eksportu – jedynie niweluje w krótkiej perspektywie ryzyko kursowe i to w sytuacji, gdy nie szaleje światowy kryzys. Biznesmeni zawsze będą bowiem ponosić ryzyko kursowe. Cały świat nie przyjmie przecież euro. Jakoś dotychczas przedsiębiorcy z Wielkiej Brytanii, Norwegii czy Szwecji radzą sobie z tym problemem.
Słowackie porównania
Nie warto też bezrefleksyjnie używać przykładu Słowacji, która wchodzi do eurolandu 1 stycznia 2009 r. – rzekomo kryzys się jej nie ima, bo ma euro. Poczekajmy z ocenami pół roku. Słowacja też jest poważnie narażona na kryzys, głównie z powodu recesji w eurolandzie. I olbrzymiego zastoju w branży motoryzacyjnej. A euro to przecież droższa produkcja i mniejsza konkurencyjność. Produkcja zachodnich koncernów samochodowych na Słowacji to aż 35 proc. całej produkcji kraju, aż 45 proc. całego eksportu. Ten przemysł zatrudnia aż 80 tys. pracowników. Euro wpłynie więc, choć pośrednio na wzrost bezrobocia i osłabienie eksportowej atrakcyjności Słowacji w razie poważniejszych problemów w branży motoryzacyjnej, które są coraz bardziej widoczne. Może się więc okazać, że euro nic z góry nie gwarantuje. Poza tym skala polskiej i słowackiej gospodarki jest nieporównywalna. Pamiętajmy też, że na Słowacji mieliśmy do czynienia z poważną aferą w momencie przyjmowania euro. Był to przeciek do niektórych środowisk bankowych, który później znacząco wyciszono. Pamiętajmy, również że na Słowenii w przeddzień wejścia do euro inflacja wynosiła 1,6 proc., a już kilka miesięcy później po wprowadzeniu euro podskoczyła do 7 proc.
Polacy są sceptyczni
Zapowiedź wchodzenia do ERM II, gdy polska waluta w ciągu kilku dni traci 30 – 40 gr, a raz zyskuje 30 – 40 gr wydaje się czystym szaleństwem. Tymczasem, że główne wskaźniki makroekonomiczne, które jeszcze dziś są w miarę pozytywne i spełniają kryteria z Maastricht będą wyglądać zupełnie inaczej niż w 2009 r. Europejska recesja musi nas dotknąć i skutki dla polskiej gospodarki będą bardzo poważne. Już dziś otoczenie jest zupełnie inne niż w 2005 r., gdy do wejścia do euro przygotowywała się Słowacja. Dlatego nie ma co się łudzić, że euro wyleczy wszystkie nasze problemy. Zresztą ludzie nie są naiwni. Według badań GfK Polonia aż 59 proc. badanych Polaków boi się zaokrąglania cen w górę po przyjęciu euro, 51 proc. obawia się pogorszenia sytuacji materialnej rodzin, dwie trzecie Polaków chce wiedzieć jak najszybciej jaki będzie kurs wymiany, bo dopiero z tego można realnie wyciągnąć konkretne wnioski. Aż 64 proc. polskich kobiet jest sceptycznych wobec szybkiego wprowadzenia euro (w badań TNS OBOP) i słusznie, bo to one głównie robią zakupy, płacą rachunki i mają doskonałą orientację o skali podwyżek w Polsce w ostatnich latach. Dziś za nową walutą opowiada się ok. 40 proc. Polaków, zaś przeciw wycofaniu złotego ok. 50 proc. Ciekawe jak kryzys w Polsce wpłynie choćby na te wyniki.
Jeszcze bardziej restrykcyjni?
Aby utrzymać się w ramach systemu ERM II i spełnić warunki z traktatu z Maastricht, RPP będzie musiała szczególnie pilnować inflacji, czyli prowadzić bardzo restrykcyjną politykę monetarną, a przecież do tej pory właśnie taką prowadziła. Rząd robi przecież coś całkowicie innego, ceny w Polsce rosną bowiem jak szalone od co najmniej dwóch lat. Znowu zapowiedziano na początek 2009 r. podwyżki cen energii elektrycznej, ciepłej wody, gazu, wody, produktów akcyzowych. Restrykcyjna polityka RPP to również wyższe koszty pieniądza i kredytu, czyli wolniejszy wzrost gospodarczy. Ja szacuję, że osiągnie on w przyszłym roku ok. 2 proc. To również niższy popyt, a zatem niższe wpływy do budżetu w skali ok. 15 – 20 mld zł. Zatem będziemy mieli do czynienia z niższymi wpływami budżetowymi i podatkowymi. Potencjalnie większy powinien być też deficyt budżetowy, jeden z istotnych parametrów wejścia do euro.
Trudne wybory
Dla wielu Polaków proces wchodzenia do euro przy trwającej recesji będzie się kojarzyć wyłącznie z wyrzeczeniami i będzie symbolem gospodarczej stagnacji, wzrostu bezrobocia, drożyzny i to jeszcze przed przyjęciem euro. Jeśli finanse publiczne nie są w dobrej kondycji nie warto przyjmować euro, bo grozi to totalną kompromitacją, gwałtowną ucieczką inwestorów w razie najmniejszego potknięcia. Przyjęcie przez rząd bardzo ambitnej, nadrestrykcyjnej polityki cięcia wydatków budżetowych przyjętych już do budżetu na rok 2009 i obniżenie deficytu sektora finansów do PKB do 0,5 pkt proc. rocznie muszą być jeszcze bardziej zaostrzone w kolejnych latach 2010-2011. Będzie to oznaczać brak podwyżek dla sfery budżetowej, mniej inwestycji publicznych, niższe spożycie zbiorowe i słabszą konsumpcję indywidualną, a przede wszystkim mniej dopłat do unijnych dotacji. A przypomnijmy, że dziś mamy zaledwie 2,5 proc. wykorzystanych środków unijnych z budżetu przyznanego Polsce na lata 2007-2013. Euro zatem to koszty dostosowawcze. Będziemy mieli do wyboru być szybciej w eurolandzie, czy mieć więcej autostrad i wyższe emerytury. Taką decyzję trzeba będzie podjąć.
Nierówne traktowanie
Komisja Europejska bardzo nierówno i niesprawiedliwie traktuje kandydatów do euro. Słowacja miała 6-proc. inflację i została przyjęta. Włochy i Grecja mają dług publiczny znacznie przekraczający 60 proc. PKB i dalej są w eurolandzie. Litwa miała inflację wyższą o 0,07 pkt proc. i Unia się nie zgodziła. Dużych konkurencyjnych gospodarek nie traktuje się ze zbytnią pobłażliwością – przykład z polskimi stoczniami jest wręcz doskonały. Bo Unia to również koszty i obowiązki, a nie same korzyści.
Zaokrąglanie cen
Przyjęcie euro to także harmonizacja cen i cios w najbiedniejszych. Ceny na pewno podskoczą, zwłaszcza te na najprostsze artykuły, czyli na te najtańsze i najczęściej kupowane. Zwłaszcza na te w przedziale 5 – 7 zł. Tu wzrost może sięgać nawet 5 – 7 proc. Dotyczy to takich produktów jak: masło, mąka, chleb, warzywa, owoce, papierosy, woda, bilety autobusowe. Artykuły droższe w przedziale do 50 zł mogą zdrożeć średnio 4 – 5 proc. To takie artykuły jak: czekolada, żółty ser, kawa, szynka, odzież. Ceny niektórych usług, w tym gastronomicznych mogą skoczyć podobnie jak to było w Niemczech, we Włoszech, Grecji od kilkunastu do kilkudziesięciu proc. Ceny usług hotelarskich co najmniej o kilkanaście procent. A przypomnijmy że ceny na wiele towarów i usług, a zwłaszcza energię mamy już w Polsce jedne z najwyższych w Europie. I mamy kolejne zapowiedzi podwyżek. Pamiętajmy, że przyjęcie euro w każdym kraju powinno równoważyć potrzeby konsumentów, importerów i eksporterów. Trzeba też zachować równowagę między konkurencyjnością polskich towarów i kosztów utrzymania obywateli a kosztami importu. Nie wszyscy obywatele to eksporterzy, nie wszyscy mają oszczędności i wysokie zarobki, nie wszyscy tez jeżdżą na zagraniczne urlopy.
Ile jeszcze?
Jak sprawnie przeprowadzić nasze wejście do eurolandu, jeżeli szef NBP w liście do premiera stwierdza, że NBP nie miało wpływu na kształt harmonogramu wejścia Polski do strefy euro. Ciekawe czy prezydent i polskie społeczeństwo jest dobrze poinformowane, że Polska jako państwo ma bardzo poważne problemy płynnościowe związane z niebezpiecznym wzrostem zagranicznego zadłużenia krótkoterminowego. Dziś wynosi blisko 60 mld euro i rośnie w tempie ok. 60 proc. rocznie. Polska w stosunku do zagranicy jest dłużnikiem netto i musi niezbędnie importować duże ilości kapitału zza granicy. To wszystko będzie kosztować podatników i budżet. W razie kryzysu możemy bardzo szybko zostać bez rezerw walutowych, tym bardziej, że zamiast pomagać polskim przedsiębiorcom i kredytobiorcom NBP chce koniecznie pomagać zagranicznym bankom komercyjnym, działającym w Polsce, które na płynność nie narzekają. Jak tu w takiej sytuacji jeszcze zaciskać pasa? Ciąć wydatki, zamrażać konsumpcję, żeby spełnić warunki wejścia do systemu ERM II i przyjąć euro?
Potrzebna dyskusja
Tymczasem samo tylko przystosowanie systemów bankowych, księgowych, informatycznych w Polsce to kwota co najmniej 3,8 – 4 mld zł. To niewątpliwie suma niebagatelna, z czego ok. 1,7 mld zł to koszt dostosowania systemów informatycznych, a 2 – 2,5 mld zł to strata na wyeliminowaniu operacji walutowych. Olbrzymie koszty czekają polski ZUS i mogą sięgnąć pułapu, jaki czekają banki. Średnie koszty działań dostosowawczych i zabezpieczających dla firm wyniosły od kilkuset tysięcy złotych do kilku milionów złotych w zależności od wielkości przedsiębiorstwa. Nikt nie zrobił poważnego bilansu zysków i strat. Kwitnie PR idealistów, scepytków nie dopuszcza się do głosu, żeby nie psuli fiesty swoimi wątpliwościami i wyliczeniami.
Janusz Szewczak
Autor jest niezależnym analitykiem gospodarczym
Gazeta Finansowa
| Inne artykuły z tego działu: | Inne artykuły: |
|---|---|
Inwestycje.pl: Polacy chcą przyjęcia euro2009-01-06 13:28:54Więcej zwolenników euro2009-01-06 12:15:57 |
Grosze dane z kanadyjskiego rynku pracy2009-01-09 14:22:36Do jutra czas na wybór OFE2009-01-09 12:51:32Rosja wznowi dostawy gazu do Europy po protokole2009-01-09 12:50:57Kredyty w walutach coraz bardziej tanieją2009-01-09 11:48:33Dzisiaj dane z rynku pracy w USA2009-01-09 11:46:14 |



